17 sierpnia 2015

Moje miasto

 
Siłą miasta są ludzie i ich wyobrażenie o otaczającej przestrzeni. Pomysłów, wizualizacji i planów nie można chować do szuflad z etykietą "jutro to zrobię". Niejeden projekt utknął w takim miejscu i nigdy nie ujrzał światła dziennego. W moim mieście nie brakuje malkontentów i konserwatystów, którym  zastały porządek rzeczy nie przeszkadza. Po co zmieniać? Nie da się! Nie można! Kto na tym zarobi?
Nie brakuje też, na szczęście wizjonerów! I to dzięki nim został zrealizowany projekt "Outing Project".  Jego ideą jest "wyniesienie" dzieł sztuki na ulice i obdarcie sztuki z elitaryzmu. Pokazanie społeczeństwu, że street-art, to nie wandalizm i anarchia, że sztuki nie można zamknąć w żadnych ramach. {KLIK} Wydrukowane w dużym formacie reprodukcje obrazów znajdujących się w Muzeum im. Stanisława Fischera w Bochni, pojawiły się na starych kamienicach i odrapanych ścianach. Pamiętam, jak rok temu, po wizycie w Lublinie, zachwycałam się pomysłem umieszczenia starych zdjęć dawnych mieszkańców w oknach opuszczonych kamienic. Efekt piorunujący i świetna alternatywa dla płacht reklamowych i atrap. Zadawałam sobie pytania, dlaczego u nas się nie da? Ale teraz mam odpowiedź : Da się!!!


12 sierpnia 2015

Indian Summer


 Upalne lato zainspirowało mnie do uszycia indiańskiej wersji lisków. 
Nie powisiały długo na wystawie;)))
Następna partia tworzy się, choć nawet mnie fance upałów, igła wylatuje z rąk.
Wszystko dostępne w:

Chętnych zapraszam na INSTAGRAM
https://instagram.com/marzewiecjestem/

https://www.facebook.com/delaluca.delaluca

24 lipca 2015

*Jakby mnie na 100 koni...


Im większe upały, tym jestem bardziej produktywna. Przy 37 C *jakby mnie na sto koni wsadzili. Nie straszny mi brak klimy i ogrzewane 2 urządzeniami chłodniczymi wnętrze Cukierni (czytaj: lodówki grzeją najbardziej). Dziwna jestem... Wystarczy, że spadł maleńki deszczyk, a ja już śnięta chodziłam... Zatem poszyłam co nieco...

Zapraszam do Galerii DELALUCA
i do polubienia mojej strony na fb
https://www.facebook.com/delaluca.delaluca
 

20 lipca 2015

* "Jutro jedziemy na wycieczkę!"

  
Jak zorganizować rodzinny wakacyjny wyjazd, aby wszyscy byli zadowoleni? Niełatwo! Wyruszając na Podlasie i do Wilna, wiedzieliśmy, że będziemy dużo się przemieszczać. Samochodem, rowerem, (hulajnogą), pieszo... Każdy dzień planowaliśmy z wyprzedzeniem, aby wszyscy mogli się odpowiednio nastroić;) Nie powiem, że na zdanie *"Jutro jedziemy na wycieczkę" dzieci zawsze reagowały z entuzjazmem. Były sprzeciwy, że chcą pograć w piłkę przed domem, że chcą popływać w jeziorze i bardzo dobrze! Zgodziliśmy się jednomyślnie z Gerem, że to jest nasz wspólny czas z dziećmi i ich zdanie jest tutaj bardzo ważne. Zrobiliśmy sobie "dzień wewnętrzny". Dzieci wyhasały się z piłką, paletkami i wieczorem zapytały "Gdzie jutro jedziemy?". A my -  "Na wycieczkę!". Na pewno świetnym pomysłem jest zaopatrzenie się w hulajnogi. U nas sprawdziły się one niejednokrotnie! Podczas gdy my chwytamy w kadry ulotne obrazy, dzieci są zajęte pokonywaniem przeszkód. Znudzenie osładzamy kolejnym lodem i dalej do przodu! Po tak męczącym dniu myślimy tylko o jutrzejszym plażowaniu. Jak się okazuje i jezioro może się  znudzić i znów pada  pytanie :  "A jutro gdzie?". Mamy to szczęście, że nasze dzieci bardzo lubią czytać i nie mając choroby lokomocyjnej oddają się lekturze podczas jazdy samochodem. Problem pojawia się wtedy, gdy nagle książka się kończy, jest niedziela i perspektywa nabycia nowego wolumina nikła. Chyba, że ma się to szczęście (!), że trafia się na czynny antykwariat;))). Cała nasza czwórka przepadła! Zamiast gnać do przodu, bo plan napięty, my buszujemy między regałami. Dzieci rozsiadły się w rozchwianych fotelach i z "nowościami" w rękach odleciały! I tak zaopatrzeni w świeżutkie(!), pachnące(!) czytadła ruszyliśmy na spotkanie z regionalną kulturą. Trafiamy do Korycina, gdzie właśnie trwa "Święto Truskawki". Impreza nazwijmy, co najmniej średnia, ale najważniejsze jest pozytywne nastawienie i myśl, że w natłoku "badziewia i chińszczyzny", uda się wyłowić jakąś złotą rybkę. Mila miewa jeszcze ciągoty do pstrokacizny, ale gdy trafiamy na stoisko z ręcznie robionymi drewnianym zabawkami, nic już się nie liczy! Pingwinek i dwa muchomory lądują w koszyku, a obok nich przepyszne korycińskie sery. Czas wracać, a co jutro? Plaża!


https://www.facebook.com/pages/Marz%C4%99-wi%C4%99c-jestem/625425127588169

14 lipca 2015

*Podlasie. Natura

Dla takiego mieszczucha jak ja, lubiącego deptać przestrzeń miejską, niełatwo było odnaleźć się w otchłani *podlaskiej natury. Dziesiątki kilometrów piaszczystych dróg, ukrytych wśród iglastych lasów, nie pokochały mojego miejskiego retro rowerka. Zmagania nagradzały widoki rozległych rozlewisk ukrytych wśród wodnej roślinności i małe drewniane chatki. Siedliska i domostwa na Podlasiu zdają się pamiętać zamierzchłe czasy. Na pierwszy rzut oka opustoszałe, ale w bliższym kontakcie nowe plastikowe okna krzyczą, że "nowinki" budowlane dotarły i tutaj.
Gdy na ciągnących się w nieskończoność polach, nagle wyłania się drzewo lub stodoła, to tak jakby samotny jeździec przysiadł na chwilę w trakcie swej podróży. Dokąd tu gnać? Stado krów rozpierzchło się po lekko falującej łące...  Czyżby sielanka? Przydrożne krzyże wotywne, strojne w kolorowe szarfy, witają u progu wsi. Rdzennych mieszkańców już tutaj coraz mniej. Młodzi uciekają w poszukiwaniu lepszego bytu, a spuściznę po ojcach wystawiają na sprzedaż. Nie da się ukryć, że niektóre oferty są kuszące, ale ja już mam swój raj na ziemi:)

https://www.facebook.com/pages/Marz%C4%99-wi%C4%99c-jestem/625425127588169